Święta woda!
Czego potrzebuje rowerzysta po przebyciu 160-ciu kilometrów w ciągu jednego dnia?! Pić…dużo pić! Wiele wody, kąpiel a najlepiej szybki prysznic. Jeść / uzupełnić kalorie / podnieść poziom cukrów – nazewnictwo najmniej istotne. Kolejność również dowolna. Ja napisałem według własnych preferencji.
Teraz Wam opiszę i pokrótce zaprezentuję, co otrzymałem od losu na finiszu. Od dwóch dni powtarzam sobie, że nie dam namówić się więcej na żadne skracanie drogi a dzisiaj posłuchałem Krzyśka i na odcinku 27 kilometrów przed miejscem docelowym włączyłem w nawigacji funkcję „prowadź po ścieżkach rowerowych”. Pierwsze foto przedstawia początek drogi.
Rano bliźniaczą nawierzchnię widziałem na Lubelszczyźnie i cieszyłem się w duchu, że u nas – na Podlasiu – nie spotyka się już takowych. Dość szybko jednak przyszło rozczarowanie. Tak właśnie wygląda droga główna przez wieś.
Na kolejnej fotce pokazuję drogę podporządkowaną do niej. Kawałek dalej zaczyna się betonowy pas startowy… Tu ogarnęło mnie zwątpienie. Jednak powaga misji, jakiej podjąłem się, tchnęła we mnie siły do dalszej walki. Zaciąłem się w sobie do dalszej jazdy pocieszając się, iż więcej nawierzchni ludzkość nie wypracowała. Więc i nic gorszego mnie już nie może spotkać. Ostatkiem sił spiąłem mięśnie i ruszyłem w obranym wcześniej kierunku, by za chwilę otrzymać kolejną porcję wrażeń. Betonowo-płytowy pas startowy przeobraził się w mało sympatyczną kamienną kostkę, która szybko jednak zamieniła się w rozjeżdżoną „oranicę”, po której już tylko mogłem prowadzić rower. Dalsza jazda groziła najprawdopodobniej podwójnym saldem do rowu. Każda kolejna minuta i przejechane metry przybliżały mnie do dość pokaźnej miejscowości. Moja logika podpowiadała mi, że wraz z wjazdem do niej nawierzchnia zmieni się w „normalną drogę”. Po chwili zatrzymałem się przed znakiem informującym mnie, że jestem w „centrum”. Dobrze, że nie widzieliście mojej miny. Pocieszającym był jednak fakt, iż patron ulicy to mój imiennik i chyba nie da mi tu zginąć. Ciąg dalszy to kolejne wyzwania. Rower co chwilę zatapiał się w ruchomych piaskach a ja ratując się przed tym uciekłem na ścieżynkę pomiędzy drzewami. Było tam tak niewiele miejsca, że nawet spacerujący po niej mężczyzna moich gabarytów miałby problem, aby się tam zmieścić. A co dopiero ja na rowerze. Ostatnie kilometry mojej podróży zaowocowały dwoma „zjawiskami”, jedno z obecnego a drugie z przyszłego świata. Pierwsze to obraz niespełna trzydziestoletniej kobiety zjawiskowo wygiętej i zagłębionej w poszukiwaniu czegoś na dnie bagażnika swego auta. Efektem takiego działania było silne niekontrolowane napięcie łańcucha w moim rowerze. Tylko cudem udało mi się ominąć auto i jego właścicielkę, jednak nie ominęła mnie konieczność naprawy roweru. W tym przypadku brak jest dokumentacji fotograficznej, z wiadomych względów. Drugie doznanie, jakie spotkało mnie po chwili to szokująca wiadomość. Moja nawigacja przemówiła: „jesteś u celu, twój punkt docelowy znajduje się po prawej”. A ja widzę tutaj las pełen krzyży.
Czyżby to na pewno tutaj? To przecież miejsce odpoczynku ale … wiecznego. W oddali jednak ujrzałem zabudowania, przy których znajdował się „Dom Pielgrzyma”, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Nazwa dzisiejszego lokum wybitnie pasowała do przebytej przeze mnie drogi udręki.
Ufam, iż kąpiel, kolacja i bliskość świętego miejsca zrekompensuje mi trud poniesiony dzisiejszego dnia.
Jutro śpię we własnym łóżku, we własnym domku – takie skromne marzenia miał w czerwcowy wieczór utrudzony Marek.
Ciekawe jakie ma dzisiaj na Nowy Rok?

Categories: Współpraca

0 thoughts on “Wspomnienia z ostatniego etapu trasy Rzeszów – Suwałki podczas czerwcowej wyprawy vts.bike i The Best Trip”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Współpraca

Wspólna wyprawa vts.bike i The Best Trip dookoła Polski

Po ubiegłorocznej wyprawie Adriana Beściaka z Rzeszowa do Suwałk napisałem, że Adrian nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. I już podczas odpoczynku nad Wigrami podsunęliśmy mu pomysł objechania Polski. Nasz bohater, chociaż wycieńczony ledwo co zakończoną Read more...

Współpraca

Rowerowy dzień quarto Escursioni

Pękło kolejne pięć dych kaemów. Adrian i jego Team dotarli już do Chełma. Dużo górek i często uczęszczanych asfaltówek. Jednak, gdy ma się u swego boku taką nimfę jak Ilonka, to piruety wykręcają się same. Read more...

Współpraca

Suwałki – blisko, coraz bliżej

Przywitanie Adriana przez Team VTS.BIKE oraz zaprzyjaźnionego suwalskiego maratończyka Marka Niedbałę. Do miasta wkroczylismy wszyscy razem. Fajnie było! Skończyło się „jedno” by mogło urodzić się „drugie”! Rajd uczestników The Best Trip głównymi ulicami miasta w Read more...